O tym jak opieszały potrafi być wymiar sprawiedliwości powiedziano już chyba wszystko. Wystarczy włączyć pierwszy z rzędu program reporterski by dowiedzieć się o tym, że sąd rozstrzyga jakąś ważną kwestię całymi latami, by na końcu i tak któraś ze stron złożyła apelację lub – co gorsza – wniosek o kasację. Wtedy znów wszystko zaczyna się od nowa.

Wielka szkoda, że błyskawiczne rozpatrywanie spraw (na przykład w trybie wyborczym) przysługuje tylko politykom. Zwyczajni ludzie mają bowiem po dziurki w nosie odkładania kolejnych terminów rozpraw i odroczeń. Dla wielu sprawy sądowe mają bowiem przesądzić o być albo nie być. Gdyby tak nie było, to nikt nawet nie pomyślałby o tym, by kierować sprawę do sądu. Takie sprawy wytacza się na przykład w sytuacji gdy konkurencyjna firma lub jakiś dziennikarz podejrzewany o kontakty z taką firmą rozpowszechniają nieprawdziwe informacje, które bezpośrednio odbijają się na wizerunku i wynikach finansowych firmy. Jasne, że można zapłacić za depozycjonowanie i mieć pewność, że większość ludzi nie będzie miała okazji tych kłamstw przeczytać. Jednak na dłuższą metę to nie jest wyjście. Każdy przecież wolałby aby sędzia nakazał usunięcie takich informacji, wypłacenie odszkodowania i opublikowanie sprostowań w kilku gazetach.
Related posts: